Kultura topinambura

Druga połowa listopada, to czas, gdy trzeba przygotować dom na Wsi do zimy. Oczyścić rynny, zgrabić liście, zakręcić wodę i wykopać… topinambur. Topinambur?! Tak, ale wszystko w swoim czasie.

Ponad 10 lat temu Tata zaszalał i zdecydował się na gruntowny remont mieszkania w Łodzi. Mama, która twierdzi, że zapach farb niepomiernie szkodzi jej zdrowiu, postanowiła zostać na Wsi, aż do połowy listopada.

Poszedłem ją odwiedzić, gdy wreszcie wróciła do Łodzi. Czekała mnie długa i barwna opowieść o Przygodach. Nie na darmo ostatnie słowo napisałem z dużej litery. Niemal wszystko, co się przytrafia mamie, natychmiast otrzymuje status przygody, takiej przez duże P. Od kontemplacji zachodu słońca, po krótki spacer na górkę za domem. Przy jej opisach bledną wszelkie wspomnienia największych podróżników. Wyprawa do źródeł Amazonki, spotkanie oko w oko ze stadem lwów, ucieczka przed gromadą krokodyli, czy zimowe wejście na Mont Everest, w porównaniu z Przygodami mamy, wydają się niedzielnym spacerkiem po miejskim parku.

Lecz zanim zacznie opowiadać, musi zaaranżować miejsce, w którym będzie snuła swoje historie. Nie można usiąść gdziekolwiek, trzeba tam, gdzie jest najwygodniej. Najwygodniej według mamy. Potem jeszcze należy jedne światła zgasić, inne zapalić, przestawić stoliczek, wsunąć krzesełko, zmienić serwetkę i wykonać wiele innych czynności, których znaczenia nie rozumiem. Ogarnianie przestrzeni przez mamę przypomina japoński rytuał parzenia herbaty, tylko znacznie bardziej skomplikowany.

Wreszcie zaczyna płynąć opowieść. Żaden opis nie jest w stanie oddać pełnej palety barw składającej się na historię przekazywaną przez mamę. Trzeba zobaczyć gestykulację, należy wsłuchać się w modulację głosu. W opisie pozostają jedynie słowa…

-     Wiesz, niesamowicie bałam się tego pobytu, ale było mnie tam bardzo dobrze, naprawdę bardzo dobrze, tak że potem nie chciałam wracać do Łodzi. Jednak Wieś świetnie wpływa na moje zdrowie!

Jak mama uzna, że coś sprzyja jej zdrowiu, ma to charakter dogmatu.

-     Właściwie to byłam tam całkiem sama, nawet nie jeździłam na zakupy. Raz wybrałam się do sklepu, ale nie wiedziałam co kupić, więc wyszłam z pustymi rękoma. Ostatecznie jadłam tylko korzonki, jak jakiś mnich. Sąsiadka kiedyś dała mi dwa kilogramy marchwi, więc podstawą mojego pożywienia była marchew, a potem, gdy mi się skończyła, jadłam topinambur. Co się śmiejesz?! Nie wiem, dlaczego wszyscy tak reagują, ale to było bardzo dobre. Nawet udało mi się na Wsi zaszczepić kulturę uprawy topinambura!

Na Wsi kilka gospodarstw zostało zakupionych przez znajomych. Wszyscy bez wyjątku zostali obdarowani topinamburem, nawet…

-     …ostatnio przekonałam do niego księdza Sławka. Przyjechał kiedyś do mnie, więc go poczęstowałam. Początkowo się wzbraniał, ale gdy wziął trochę na spróbowanie, to potem pół garnka topinamburu mi wyjadł, czyli cały zapas jedzenia na następny dzień, ale już nic nie mówiłam…

Ja się głowiłem, co to jest do cholery topinambur, a mama nieprzerwanie snuła swoją opowieść.

-     … tak się przyzwyczaiłam do swojej samotności, że nawet nie zauważyłam, że nie mogę mówić. Pewnego dnia wybrałam się do naszej sąsiadki i mówię jej Dzień dobry, a tu z gardła głos mi się nie wydobywa. Więc potem, aby zabezpieczyć się przed takimi niespodziankami, starałam się mówić do siebie. Na przykład chodziłam po podwórzu i głośno wymawiałam słowo: dobrze.

I tak mamie minęła jesień na Wsi – na jedzeniu marchwi i topinamburu, mówieniu do siebie i wizytach księdza Sławka, który wyjadał jej porcje obiadowe.

Tak wygląda kwitnący topinambur

A co to jest topinambur? Słonecznik bulwiasty lub karczoch jerozolimski. Z popularnym słonecznikiem wspólny ma jedynie żółty kolor kwiatów (rozmiar już nie). Jadalne są wyłącznie bulwy przypominające wyglądem korzeń imbiru. Smakują trochę jak rzodkiewka lub słodka odmiana rzepy. Zdrowy, gdyż zawiera cukier inulinę, która nie podnosi poziomu cukru we krwi. Jednak zalecane jest spożywanie topinambura w odosobnieniu, inulinę trawimy nie w żołądku, ale dopiero w okrężnicy, co sprzyja powstawaniu gazów jelitowych.

Tak wyglądają bulwy topinambura

6 myśli nt. „Kultura topinambura

    1. hegemon Autor wpisu

      Gdybym odziedziczył, to wpis byłby cztery razy dłuższy i zawierał dokładny opis co najmniej dwóch zachodów słońca :-)

  1. ~Gabrielka

    A mnie się wydaje, że historyja Twojej Mamy jest jakby niedokończona, nienasycona i chciałoby się czytać dalej, a Ty ją na wpół urwałeś. Nie przystoi tak czytelnika duszę karać. Znienacka kończyć,gdy się nie dość rozpoczęło. Przecież taki topinambur chciałby pochwalić się na jakiej glebie się zrodził, gdzie mu najprzyjemniej, jakież to go pszczółki zapyliły. A i same pszczółki mogłyby wiele nam opowiedzieć. Bo taka drobina sfrunie z kwiatka białego na żółty, z niego korzeń rósł będzie i na samo zdrowie człowiekom wyjdzie. O pogodzie rzec można. Że słoneczko być musi to wiadomym jest,i powietrze czyste-przejrzyste, jak to na Wsi spokojnej i wesołej. A wszystko okraszone zmrużeniem oka lewego i uśmiechem kącika ust prawego ;-) Pozdrowienia :) i powodzenia w dalszych historyjach…

    1. hegemon Autor wpisu

      Gabrysia, topinambur rośnie wszędzie, prawie na każdej glebie i jest gatunkiem inwazyjnym. Jak go raz posiejesz, to już nie wyplenisz. A gdybym tak o wszystkim napisał, to upodobnił bym się do mamy, a nie bardzo mi na tym zależy, nie bardzo…:-)

  2. ~cinnamon Girl

    hahahah :D (wiem, wiem, nie rozpoczyna się zdania od hahahah, ale ja muszę :) )

    Czasem jadąc autobusem czuję się tak, jakby połowa pasażerów właśnie trawiła coś okrężnicą :\ A tu już wcale nie jest mi do śmiechu!

    Pozdrawiam.

    1. hegemon Autor wpisu

      Niestety, w autobusie wystarczy tylko jeden człowiek „pachnący inaczej”, aby uprzykrzyć podróż pozostałym pasażerom…

Możliwość komentowania jest wyłączona.