Ludzie na stoku narciarskim. Część 1

Za oknem zima, a ta pora roku kojarzy mi się nieodmiennie z nartami. Zabrani na stok znajomi mogą znacząco podnieść lub obniżyć satysfakcję z pobytu w górach. Odpowiednio skomponowana grupa, dysponująca zróżnicowanymi umiejętnościami jezdnymi oraz charakterologicznymi jest w stanie zapewnić rozrywkę, nawet bez zakładania nart na nogi. Dzisiaj część pierwsza – uczeń.

Uczeń

Niekiedy, w przypływie miłosierdzia, zabieraliśmy kogoś w góry, obiecując naukę jazdy na nartach. Postępowanie samarytańskie i głupie jednocześnie. Niańcząc podopiecznego, niweczy się własną przyjemność z jazdy. Dużo rozsądniej jest oddać kogoś świeżego w ręce zawodowego instruktora, samemu nie marnując czasu na „oślich łączkach”.

Rysiu był dobrym kolegą, ale gorszego narciarza jeszcze nie poznałem. Zima, jak na złość, trafiła się bezśnieżna i jazda była możliwa wyłącznie w wysokich partiach gór. Pierwszym wyzwaniem było przetransportowanie Rysia wyciągiem orczykowym tam, gdzie jest śnieg. Już na dole dał popis akrobatyki na poziomie mistrzowskim. Nigdy bym nie przypuszczał, że w taki sposób można próbować dosiadać (inaczej tego nie da się nazwać) orczyka. Obsługa wyciągu też nie. Długo patrzyli na wyczyny Rysia z otwartymi z wrażenia ustami. Wreszcie pozbierali się, wyłączyli wyciąg i próbowali prawidło ustawić chłopaka na sucho. Po 15 minutach osiągnęli sukces i na najwolniejszym biegu przywrócili zasilanie. W ramach opiekunki z Rysiem pojechał Kuzyn Tomuś. Spisał się wyśmienicie. Z orczyka wypadli dopiero tuż przed górną stacją wyciągu, przedtem prezentując pokaz jazdy, który dałby im bezwzględnie złoty medal na olimpiadzie z gimnastyki artystycznej, pływania synchronicznego i jazdy figurowej na lodzie łącznie.

Niezrażony niczym Kuzyn Tomuś przystąpił do nauczania Rysia podstaw jazdy. Jednak zanim uczeń zdołał zrobić pierwszy krok, trzeba było przygotować go do startu. Z Rysiem nic nie było łatwe, proste i intuicyjne. W fazie wstępnej wszelki osprzęt zaczął żyć własnym, „rozwiązłym” życiem. Najpierw wypięła się prawa narta. Zaraz potem odmówiła współpracy szelka od spodni narciarskich, potem zastrajkował pasek od plecaka. Następnie odskoczyły klamry od lewego buta, po ich zapięciu, rozpiął się drugi pasek od plecaka, prawa narta, druga szelka, kolejny but i… tak w nieskończoność. Ze wszystkich rzeczy, jedynie zegarek trzymał się kurczowo ręki. Gdy wszystko co tylko było możliwe zostało zawiązane na supły, zanitowane i zespawane, Rysiu przyjął postawę zjazdową. Odepchnął się, ruszył i… urwała mu się rączka od kijka narciarskiego.

Rysiu w końcu opanował technikę, którą przy dużej dozie tolerancji można było nazwać jeżdżeniem na nartach. Znaczącym wyróżnikiem stylu prezentowanego przez naszego kolegę było „bratanie się”. Bratał się ze wszystkim i wszystkimi. Najchętniej z wszelkimi powierzchniami płaskimi. Ponieważ był chłopem na schwał i miał sporą powierzchnię nośną, to gdy upadł poruszał się na tyle szybko, że nie trzeba było zbyt długo na niego czekać. Gorzej, gdy prawidłowo wykorzystywał narty. Wtedy przytulał się do wszystkiego, co napotkał na stoku. A to do jakiegoś świerka, zaraz potem do słupka od wyciągu, kiedy indziej z kilkoma narciarzami stworzył niezwykle malowniczą grupę Laokoona, wreszcie szerokim gestem objął pana w futrze, zanim zorientował się, że jest to niedźwiedź.

Kuzyn Tomuś miał do Rysia dużo cierpliwości. Zdecydowanie mniejsze pokłady tej cechy wykazały nasze koleżanki, które przejęły obowiązki trenerskie w czasie zjazdu do domu. Instrukcje wydawały krótkie i dosadne:

-         No, Rysiek ugnij nogi, niżej dupę, przecież mówię niżej, co ty w tej dupie masz za dużo helu? Jutro ci chyba cegłę w spodnie włożymy! Dlaczego leżysz? To nie łóżko! Wstawaj, wstawaj, raz, raz, nie ma czasu na odpoczynek!

Przez trzy dni Rysiu uprawiał na stoku kiepskie narciarstwo połączone z wysokiej klasy akrobatyką. W każdym razie przemieszczał się. Coraz rzadziej w pozycji horyzontalnej. Aż nadszedł moment ostatniego zjazdu w sezonie. Przy dolnej stacji kolejki utworzyła się częściowo przymarznięta kałuża. Największą frajdą był przejazd jej środkiem połączony z wielkim rozbryzgiem wody. Świetna zabawa dla narciarza, kapitalny widok dla obserwatora. Nic trudnego. Po kolei wszyscy finiszują w podobny sposób – efektowny przejazd przez kałużę i hamowanie tuż za nią na niewielkim przeciwstoku. Wszyscy? Prawie. Jako ostatni rusza Rysio, osiąga jak na niego prędkość niemalże ponaddźwiękową i… kończy na samym środku kałuży, zupełnie nie rozumiejąc, gdzie tutaj jest fun.

7 myśli nt. „Ludzie na stoku narciarskim. Część 1

  1. ~polkrisss

    Uśmiałem się niesamowicie. Dla osoby dobrze jeżdżącej na nartach widok takiej osoby może rozbawić do łez. Ale jak się cofnę myślami do chwil, kiedy sam stawiałem pierwsze kroki na nartach to nie było tak zabawnie.

  2. ~ds

    Było dać mu piwa przed nartami, może by to i stylu nie poprawiła ale zabawy dla patrzących byłoby jeszcze więcej (choć może nie jak patrzę na te opis). Zaleta taka że podpici jak padają to rzadko któremu coś się dzieje :)

Możliwość komentowania jest wyłączona.